Oddział Partyzancki Armii Krajowej „Wilk"


Michał Maciaszek

Oddział Partyzancki Armii Krajowej „Wilk"
Walka pod Czerwonym Groniem
28. 12.1943


Za początek historii oddziału partyzanckiego AK „Wilk” można przyjąć datę 16 lipca 19431 roku, kiedy to za pośrednictwem ówczesnego komendanta Obwodu AK Nowy Targ, por. Krystyna Więckowskiego „Tur”, „Zawisza”,2 doszło do spotkania niedawno rozbitej przez gestapo grupy Konfederatów Tatrzańskich, dowodzonych przez kpr. Józefa Kurasia „Ognia” z por. Władysławem Szczypką, ps. „Lech” i ppor. Janem Stachurą, ps. „Adam”3. Wkrótce w wyniku rozmów grupa Konfederatów Tatrzańskich podporządkowała się Armii Krajowej i wraz z partyzantami por „Lecha „ i ppor. „Adama” utworzyła jeden oddział partyzancki, zwany w tym czasie oddziałem „Lecha”. W tym okresie głównymi zadaniami oddziału było zdobywanie broni i wyposażenia oraz przygotowywanie się do rozbudowy oddziału.

Kiedy 28.09.1943 roku, w wyniku nieszczęśliwego wypadku z bronią, śmierć poniósł dotychczasowy dowódca oddziału por. Władysław Szczypka „Lech”, jego obowiązki przejął jego dotychczasowy zastępca ppor. Jan Stachura „Adam”. Pod jego rozkazami oddział tak jak do tej pory, wykonywał zadania jakie przed nim postawiono, między innymi brał udział w dwóch rajdach partyzanckich na niemiecką placówkę graniczną w Wierchomli i magazyny Werkschutzu w Rytrze.
Na początku listopada 1943 roku por. Krystyn Więckowski „Zawisza” odszukał przebywający pod Czerwonym Groniem ( w rejonie pomiędzy Turbaczem i Kiczorą) oddział Armii Krajowej ppor. Jana Stachury „Adama”
Zgodnie z rozkazem Inspektoratu Nowosądeckiego AK por. Więckowski miał objąć dowodzenie oddziałem, zaś jego dotychczasowy dowódca- ppor. Jan Stachura „Adam” miał objąć funkcję jego zastępcy.

Do tej pory por. Krystyn Więckowski „Zawisza”, przedwojenny oficer, oficjalnie zatrudniony jako pracownik firmy drzewnej „Jan Kabłak Ziembicki Holzexport Neumarkt/Dunajec”w konspiracji pełnił funkcję Komendanta Obwodu Nowotarskiego. Jednakże latem tego samego roku został przeniesiony z Nowego Targu do Szczawnicy, skąd po zdekonspirowaniu trafił w góry do oddziału ppor.„Adama”. W Nowym Targu jego obowiązki przejął mjr. Adam Stabrawa, ps. „Borowy”. W tym też czasie wraz z nowym dowódcą oddział ppor.„Adama” otrzymał kryptonim „Wilk”.
8 bądź 12 listopada 1943 roku, z rozkazu mjr. „Borowego” partyzanci „Zawiszy” spalili doszczętnie schronisko na Turbaczu. Doszło do tego, gdyż obiekt ten w przypadku obsadzenia go poprzez Niemców ( a o takim zamiarze alarmowano „Borowego”) stanowił poważne zagrożenie dla usytuowanego stosunkowo niedaleko partyzanckiego obozu.
Niedługo po spaleniu schroniska por. „Zawisza” wraz z ppor. „Adamem” udali się na odprawę dowódców oddziałów partyzanckich do Tymbarku, gdzie rozkazem Inspektora Nowosądeckiego Okręgu AK ppłk. Stanisława Mireckiego, ps. „Pociej”, ppor. „Adam” został oficjalnie odwołany z funkcji dowódcy oddziału.

Decyzja ta nie znalazła zrozumienia u jego partyzantów jak również u samego ppor. Stachury. Zdaniem większości żołnierzy była niesprawiedliwa i traktowano ją jako błąd dowództwa, jednakże w pełni podporządkowano się temu rozkazowi. Niewątpliwie na odwołanie dotychczasowego dowódcy miała wpływ tendencja Inspektoratu do obsadzania stanowisk dowódców oddziałów partyzanckich AK, oficerami zawodowymi a także niedawna dekonspiracja „Zawiszy”. Można również domniemywać, że na decyzję Inspektoratu miał również wpływ raport z niedawnej akcji oddziału ppor. „Adama” na strażnicę Grenzschutzu w Wierchomli, w którym to ppor. Stachura z pewnością opisał jej przebieg, szczególnie zaś fakt odmowy wykonania zadania przez część partyzantów dowodzonych przez plut. Józefa Kurasia „Ognia”. Poza tym, do Inspektoratu mogły docierać uwagi członków kursu podchorążych, którzy dość krytycznie wypowiadali się o zachowaniu niektórych partyzantów „Ognia” podczas wypadów gospodarczo – zaopatrzeniowych.
Mimo wszystko, dotychczasowy dowódca poczuł się tym rozkazem pokrzywdzony, ciężko mu było pogodzić z faktem, że miał podlegać por. „Zawiszy”, którego metod i zachowania nie akceptował, tym bardziej że jak wiadomo wraz z por. Władysławem Szczypką „Lechem” był współtwórcą tego oddziału.

Por. „Zawisza” od samego początku nie zyskał sobie sympatii partyzantów „Adama”, w szczególności zaś waksmundzian, którzy w oddziale stanowili sporą grupę.
Por. Więckowski, przedwojenny oficer piechoty, rozpoczął wprowadzanie w oddziale koszarowych porządków, które w surowym leśnym życiu były bardzo uciążliwe. Jego zdaniem należało uporządkować „rozchwianą ideowo” grupę i „zrobić z niej wojsko”. W pamięci większości podwładnych zapisał się jako bardzo wymagający i ostry dowódca. Członkowie oddziału, do tej pory podzieleni na dwa plutony: jeden złożony z dawnych ludzi „Lecha” i „Adama” oraz drugi – z ludzi plut.„Ognia”, byli jednakowo traktowani.
To jednak wkrótce miało się zmienić. Niebawem twarde rozkazy „Zawiszy” stały się przyczyną spięć oraz pogorszenia atmosfery w oddziale a niedalekiej przyszłości doprowadziły do tragicznych wydarzeń.

Od samego bowiem początku dowodzenia oddziałem przez por. „Zawiszę”, pierwszy pluton, złożony z ludzi Józefa Kurasia „Ognia” zepchnięty został do roli siły roboczej. Partyzanci Kurasia obarczeni zostali wszystkimi obowiązkami związanymi z życiem oddziału, tj. wartami, zaopatrzeniem w żywność i opał, podczas gdy członkowie drugiego plutonu, przyszli podchorążowie, przez cały czas jedynie się szkolili. Należy jednak zrozumieć i wziąć pod uwagę, że oddział „Wilk” w tym czasie przechodził transformację. Nie była to już grupa ukrywających się w lesie młodych żołnierzy, lecz prawdziwy oddział Wojska Polskiego. Rozpoczęcie kursu podchorążych a nawet jakże prozaiczne zbliżanie się zimy, samoistnie zmieniło sytuację w oddziale, mówiąc krótko, ktoś musiał zająć się przyziemnymi ale jakże ważnymi sprawami aby ktoś inny w tym czasie mógł się szkolić.
Ponieważ wspomniana już zima zbliżała się wielkimi krokami i warunki pogodowe coraz bardziej ulegały pogorszeniu, jeszcze przed przybyciem do oddziału por. „Zawiszy” zaistniała konieczność wybudowania ziemianki, w której partyzanci mogliby bezpiecznie doczekać wiosny. Wyszukaniem odpowiedniego miejsca zajęli się Józef Kuraś „Ogień” i Józef Sral „Smak”. Wkrótce w pośpiechu rozpoczęto budowę schronienia, ponieważ każda kolejna noc pod gołym niebem stawała się męką dla skąpo ubranych i wyposażonych żołnierzy.

Wykopaną ziemiankę obudowano wewnątrz okrąglakami, z nich także zrobiono dach, który grubo przykryto darnią. Ziemianka była wkopana w zbocze, więc tylko jedna ściana (czołowa) nie była obsypana ziemią, dzięki temu schronienie to było mało widoczne, a przy tym dosyć ciepłe. Z grubych żerdzi zrobiono piętrowe łóżka, przyniesiono żelazny piecyk, który ustawiono na wielkim kamieniu, w kącie ziemianki. Za piecykiem również stanął podobnej wielkości kamień, który izolował piecyk od drewnianej ściany. Pod stropem i w drzwiach przyniesionych z bacówki wprawiono małe okienka. Aby więcej nie marznąć, partyzanci już w trakcie budowy zamieszkali w ziemiance, zasłaniając nie dobudowaną ścianę gałęziami. W ciągu dwóch tygodni ziemianka była gotowa – chociaż prymitywna i ciasna to przynajmniej ciepła i bezpieczna.

Na przełomie października i listopada stan osobowy oddziału znów się powiększył. Przybyli nowi ludzie, między innymi oficer lotnictwa kanadyjskiego Hubert Brooks oraz Szkot, sierżant 51. brytyjskiej dywizji Gordon Highlanders – John Duncan, którzy zbiegli z obozu jenieckiego Stalag VIII B w Lamsdorf, dzisiejszych Łambinowicach.
W tej sytuacji pojedyncza, przepełniona ziemianka nie wystarczała już na potrzeby rozrastającego się oddziału. Z polecenia por. „Zawiszy” zbudowano kolejną, a w późniejszym okresie następną. W jednej z nich zamieszkał dowódca wraz z kursem podchorążych, w drugiej plut.„Ogień” ze swoją grupą, trzecia służyła jako magazyn, miejsce odpraw, w okresie Świąt Bożego Narodzenia pełniła również funkcję kaplicy.
Na początku grudnia 1943 r. obóz na Czerwonym Groniu wizytował Komendant Obwodu Nowotarskiego mjr. Adam Stabrawa „Borowy”.
Niedługo po jego wizycie oddział udał się na Ćwilin gdzie razem z oddziałem AK kpt. Juliana Krzywickiego „Filipa” z powiatu limanowskiego oczekiwano zrzutu, którego niestety nie otrzymano. Załoga samolotu jedynie odpowiedziała na umówione sygnały i odleciała, zaś oddziały powróciły w miejsca zakwaterowania.

Aby zapewnić bezpieczeństwo obozowisku partyzanci wystawiali jednoosobowy posterunek wartowniczy na skraju Polany Gabrowskiej5, w miejscu zwanym „Trzy Kopce” (w odległości ok. 1 km od obozu), ponieważ w tym czasie z tego miejsca rozciągał się rozległy widok na całą okolicę. W późniejszym okresie wartę przeniesiono na szczyt Kiczory, skąd widoczność również była doskonała. Wartownicy zmieniali się co dwie godziny. Wprowadzono kategoryczny zakaz palenia ognia w dzień przy dobrej pogodzie, ażeby dym nie zdradził miejsca pobytu partyzantów.
Ponieważ podstawowym warunkiem bezpiecznego i spokojnego przezimowania na tym terenie było maksymalne ograniczenie ruchów wokół obozu, zorganizowano podręczny magazynek żywności, który znajdował się po drugiej stronie potoczku w sąsiedztwie ziemianek. Zgromadzono zapasy solonego mięsa, ziemniaków, cukru, soli i innych artykułów spożywczych. Ziemniaki zakopano w ziemi, aby zapobiec ich przemarznięciu, a część mięsa ponabijano na okoliczne drzewa, wykorzystując je jako swoiste zamrażarki.
Sytuacja aprowizacyjna poprawiła się jeszcze bardziej, kiedy na mieszkańców Koniny okupant nałożył obowiązek dostarczenia kontyngentu. Około 20 listopada 1943 roku sołtys wsi powiadomił o tym por. „Zawiszę”, któremu zaproponował zabranie bydła. Partyzanci bardzo chętnie skorzystali z tej oferty, dzięki czemu oddział był przygotowany na nadejście zimy. Cześć mięsa zasolono i ukryto w magazynku. Posiłki gotowano przy potoczku w 50-litrowym miedzianym bacowskim kotle. Wyżywienie oddziału było dobre, choć bardzo monotonne, na codzienne partyzanckie menu składało się najczęściej: na śniadanie – rosół z mięsa, na obiad – mięso bez rosołu, na kolację – znów rosół6. Oprócz wieprzowiny i wołowiny często w partyzanckim kotle pojawiała się dziczyzna, której głównym „dostawcą”
był Franciszek Klimowski, ps. „Wicher”.

Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia miało miejsce tragiczne wydarzenie, które doprowadziło do poważnego kryzysu w oddziale. Otóż jeden z partyzantów o pseudonimie „Młot”, stojąc na warcie, upił się do nieprzytomności. Służbę za niego trzymało dwóch przypadkowych cywili, którzy z resztą sami poczęstowali go alkoholem. Wezwani przez mającego go zmienić kolejnego wartownika, partyzanci przetransportowali nieprzytomnego „Młota” do obozu. Tam, ku przerażeniu i przygnębieniu wszystkich świadków incydentu, por. „Zawisza” od razu go zastrzelił. Oczywiście brak wytłumaczenia, usprawiedliwiającego postawę „Młota”, jednakże sposób rozwiązania problemu, jaki zastosował „Zawisza”, był z punktu widzenia dobra oddziału niedopuszczalny. W przypadku tej konkretnej sytuacji, kiedy nie zachodziła żadna okoliczność wymagająca pośpiechu, strzelenie w głowę nieprzytomnemu żołnierzowi w żadnym wypadku nie przemawiało i nie przemawia na korzyść dowódcy. Ta niezwykle impulsywna reakcja „Zawiszy” z pewnością wkrótce również przyczyniła się do trwałego rozpadu oddziału. Atmosfera w obozie jeszcze bardziej się pogorszyła, panowało przygnębienie i napięcie.

Niebawem po tym smutnym zajściu, w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia do obozu na Czerwonym Groniu z wizytą duszpasterską przybył ks. Józef Kochan.
Po wizycie kapłana por. „Zawisza” urlopował część ludzi. Ci, którzy mieli możliwość odwiedzenia rodzin, z radością z niej skorzystali, większość jednak nie mogła pokazać się w swoich domach, gdyż byli poszukiwani, niejednokrotnie też ich bliscy byli zamordowani lub aresztowani przez hitlerowców. Nie wszyscy jednak musieli spędzać te święta leśnym obozie. Por. „Zawisza” wraz z podchorążymi został zaproszony przez rodziców pchor. „Sławka” – państwa Durkalców, którzy w tym okresie zarządzali schroniskiem na Lubaniu.

Korzystając z zaproszenia na Lubań udali się: Bolesław Durkalec „Sławek”, Zygmunt Mańkowski „Iglica”, jego brat Czesław „Szczerbina”, Tadeusz Boczoń„Lot”, Tadeusz Biedroń „Piorun”, Adolf Bałon „Ryś”, „Andrzej”, Kazimierz Pakuła „Wilczek”, „Ficiak”, Hubert Brooks„Hubert” i John Duncan „John”. Sam por. „Zawisza” nie skorzystał z zaproszenia państwa Durkalców i udał się pod Tymbark, spotkanie z żona będąca w czwartym miesiącu ciąży7.
Przed swoim odejściem z obozu por. Więckowski zapowiedział swój powrót do obozu na dzień 27 grudnia i stanowczo zakazał partyzantom, oddalać się poza jego obręb.
W obozie pod Czerwonym Groniem pozostał „Ogień” wraz ze swoimi kilkunastoma ludźmi. Zejście do Waksmundu aby spotkać się z bliskimi, było zupełnie niemożliwe i wiązało się z wielkim ryzykiem głównie z powodu kolaborantów, którzy tylko czyhali na jakikolwiek ślad ludzi z lasu. Wśród partyzantów Kurasia zapanowało przygnębienie i smutek pogłębiony atmosfera świąt i niedawnym incydentem z „Młotem”.

26 grudnia 1943 roku, w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia, łamiąc rozkaz por. „Zawiszy”, plut.„Ogień” wraz ze swoimi ludźmi zszedł z gór do Ochotnicy Górnej, do osiedla Forędówki. W obozie pozostali chory Władysław Bem „Szpak” i opiekujący się nim Franciszek Sral „Wiatr”. Bolesław Dereń napisał: „nostalgia była silniejsza od twardego rozkazu”8, jednakże faktu złamania rozkazu dowódcy nie można tłumaczyć ani młodością partyzantów, ani nawet świąteczną „nostalgią”. Postępek ten jest kolejnym dowodem na to, że w oddziale nie działo się dobrze. Jak widać, z dyscypliną nadal bywało różnie i – co gorsza – tym razem zły przykład dał sam plut.„Ogień”, który był przecież odpowiedzialny za pozostawionych w obozie ludzi.
W pewnym sensie odpowiedzialność za to co się wydarzyło spada również na por. „Zawiszę”, gdyż jako dowódca nie powinien był rozdzielać oddziału, a przede wszystkim opuszczać swoich ludzi na czas Świąt. Z drugiej strony jednak miał do tego pełne prawo i z tego skorzystał. Po raz kolejny uwidacznia się, jak bardzo złe stosunki panowały między por. „Zawiszą” a plut. Kurasiem i jego partyzantami.

Dzięki red. Krzysztofowi Strauchmannowi, któremu niemal w ostatniej chwili udało się zebrać szereg relacji mieszkańców Ochotnicy, będących naocznymi świadkami świątecznej wizyty partyzantów we wsi, możemy niemal krok po kroku odtworzyć jej przebieg.9
Otóż, po zapadnięciu zmroku, 26 grudnia 1943 roku, grupa kilkunastu partyzantów dotarła do pierwszych zabudowań osiedla Forędówki. Tam też dowiedzieli się, że w domu Karola Trojaka, który wraz z żoną mieszkał w opuszczonej leśniczówce we Forędówkach, odbywają się właśnie chrzciny ich dziecka. Zachęceni perspektywą mile spędzonego czasu, partyzanci udali się pod wskazany adres. Na miejscu zostali bardzo życzliwie przyjęci przez mieszkańców, zaczęły się rozmowy, tańce, polała się wódka. Rozochoceni partyzanci przestali zwracać uwagę na bezpieczeństwo, mało tego, stali się bardzo pewni siebie. Jak to młodzi ludzie, przechwalali się przed innymi gośćmi, mówili aby ludzie sami powiadomili żandarmów o ich pobycie we wsi, to wtedy nic im się nie stanie w razie donosu. W czasie zabawy doszło do poważnego incydentu, kiedy to Franciszek Szlaga „Miętka” zarzucił im, że swoją obecnością we wsi narażają mieszkańców na represje ze strony Niemców. Doszło do sprzeczki. To wystarczyło jednemu z partyzantów, aby skierować broń w stronę Szlagi. Na szczęście w porę przytomnie podbita w górę przez jedną z kobiet, wystrzeliła nie wyrządzając nikomu krzywdy. Zabawa jednak przestała się kleić. Wkrótce partyzanci pożegnali się z gospodarzami…lecz zamiast z powrotem do obozu pomaszerowali dalej do wsi, gdzie w gospodarstwie Czepielów zarekwirowali świnię z którą ruszyli z powrotem w kierunku gór. W tym samym czasie, tuż po powrocie do domu Franciszek Szlaga „,Miętka” postanowił odegrać się na „leśnych” i wysłał swoją żonę Rozalię na posterunek policji w Ochotnicy Dolnej z wiadomością o pobycie partyzantów we Forędówkach.

Nad ranem 27 grudnia 1943 roku, partyzanci ciągle jeszcze byli we wsi. Tymczasem niemiecka akcja zaczynała się rozkręcać. Nie spiesząc się zupełnie, w drodze powrotnej do obozu po drodze zaszli prosto do… chałupy Miętki, niemal w tym samym czasie, kiedy Rozalia Szlagowa, zupełnie przemoczona po nocnej wyprawie na posterunek, powróciła do domu. Być może „Ogień”, domyślając się zdrady spodziewał się szybkiego pościgu słabych sił niemieckich i chciał je przyjąć w zasadzce w domu Miętki w Forędówkach. Tego nie wiadomo, najprawdopodobniej jednak zupełnie zlekceważył Niemców, czując się zupełnie bezpiecznie w tej okolicy. Po kilku godzinach odpoczynku w domu Szlagów, gdzie partyzanci upiekli i zjedli część zarekwirowanego mięsa, ruszyli z powrotem do obozu, pozostawiając za sobą dobrze widoczny ślad, którym na drugi dzień podążyła za nimi jak po nitce do kłębka niemiecka ekspedycja.

28 grudnia 1943 roku w południe w okolicy ziemianek pod Czerwonym Groniem rozległy się strzały. Jak się okazało 21 osobowy oddział złożony z 11 żandarmów niemieckich i 10 polskich granatowych policjantów, dowodzony przez por. żandarmerii Schnitzlera10, idąc z Ochotnicy po pozostawionych poprzedniego dnia przez partyzantów śladach, niespodziewanie dotarł do samego centrum obozu. Jak można się dowiedzieć z relacji Stanisława Guzika „Lisa”, tego dnia warta nie była wystawiona. Początkowo napastnicy nie zorientowali się że są już na właściwym miejscu. Dopiero widok kucharza, Franciszka Cyrwusa „Kępy” – przygotowującego obiad i alarm jaki ten ogłosił na ich widok, był początkiem krótkiej, chaotycznej walki. Jak się wkrótce okazało część żandarmów i policjantów nie wiedząc o tym, stała już na dachu ziemianki, w której w tym samym czasie partyzanci czyścili broń.

Reakcją na niemieckie granaty wrzucone przez komin do środka schronu był bardzo słaby opór spowodowany zaskoczeniem, oraz faktem, ze większość broni była właśnie rozebrana do czyszczenia. Partyzanci kolejno opuszczali niemal całkowicie okrążoną ziemiankę.
Na szczęście Niemcy zbyt późno zorientowali się w lokalizacji ziemianek i nie zdążyli odciąć partyzantom drogi ucieczki. Stało się tak dzięki ukształtowaniu terenu, dużemu śniegowi i raczej biernej postawie obu walczących stron. Zaskoczenie z obu stron, brak zapału Niemców i granatowych policjantów do walki, oraz szybkie opuszczenie obozu przez partyzantów zapobiegło większej liczbie ofiar. W trakcie ucieczki, kilku z nich odniosło lekkie rany, głównie od wybuchających w ziemiance granatów, między innymi Jan Sral „Krasny”, który uderzony został wyrwanymi siłą eksplozji drzwiczkami z piecyka. Postrzelony w piętę Bronisław Wielkiewicz „Skok” uciekał z ziemianki bez butów, których nie zdążył ubrać.Z krwawiącą raną przez całą noc szukał kontaktu z resztą oddziału i bezpiecznego schronienia, docierając w końcu aż do Nowego Targu. Niestety, nie wszystkim partyzantom udało się szczęśliwie wydostać z matni. W jednej z ziemianek, cierpiący na zapalenie stawów Władysław Bem „Szpak” rozerwał się granatem, zabijając wraz ze sobą niemieckiego porucznika- dowódcę ekspedycji, który akurat właśnie w tym czasie zaglądnął przez okienko do środka ziemianki.
Śmiertelnie postrzelony został również Franciszek Sral „Wiatr”, któremu udało się ukryć przed Niemcami pod zwalonym pniem drzewa, gdzie jednak zmarł z upływu krwi i zimna. Jego ciało odnaleziono dopiero wiosną 1944 roku.

Po krótkiej walce w opuszczonym obozie pozostali jedynie żandarmi i policjanci oraz ciała zabitych partyzantów. Członkowie ekspedycji przeszukali pobieżnie ziemianki, które następnie przy pomocy granatów wysadzili w powietrze i podpalili. Zniszczeniu uległa część zapasów oddziału oraz wyposażenie zabrane uprzednio ze spalonego schroniska na Turbaczu. Następnie wszyscy wycofali się tą samą drogą, którą przybyli, zabierając ze sobą ciało swojego poległego dowódcy. Najwidoczniej nie czuli się w górach zbyt pewnie, gdyż nie odkryli magazynu z żywnością, nie wspominając o zwłokach „Wiatra”, leżących niedaleko obozu. Perspektywa nadchodzących ciemności zmobilizowała ich do szybkiego opuszczenia Czerwonego Gronia. Ciekawym motywem, który pojawia się w różnych relacjach jest ostrzelanie przez Jana Srala „Krasnego” i Władysława Kolasę „Zemstę” Niemców powracających ze zdobytego obozu. Według różnych informacji, słaby ostrzał prowadzony przez partyzantów z ….jednego sprawnego karabinu, uznany za partyzancką odsiecz wywołał wśród Niemców panikę w efekcie której porzucili część łupu i pospiesznie wycofali się do ochotnicy Górnej. 11

Z zachowanych do meldunków szefa wywiadu „Domiana”, opisujących tamto wydarzenie, wynika, że w rozbitym obozie w ręce niemieckie wpadło kilka ważnych dokumentów, między innymi książka ewidencyjna oddziału oraz książka służb. Niewątpliwie wzbogaciły niemiecką wiedzę o oddziale, mimo iż były prowadzone zgodnie z zasadami konspiracji. Poza książkami Niemcy zdobyli fotografie oraz zapiski któregoś z obcokrajowców. Prawdopodobnie był to pamiętnik „Johna” lub „Huberta”, na szczęście opisujący zupełnie inne wydarzenia, przez co nie stanowił żadnego zagrożenia12.

Tymczasem po ucieczce z obozu partyzanci długo krążyli po lesie, starając się zgubić ewentualny pościg nieprzyjaciela. Dowodzona przez „Ognia” grupa udała się w rejon Bukowiny Waksmundzkiej, a następnie na Pol. Drożdżową, gdzie znalazła schronienie w jednej z bacówek. Niemal tuż po walce, powracający z Lubania do obozu podch. Adolf Bałon „Ryś”, został zatrzymany na Studzionkach przez mieszkańca tej osady, który powiadomił go, że przed południem z okolic Kiczory słychać było strzelaninę i widać było dymy pożarów. W tej sytuacji „Ryś” bardzo ostrożnie zapuścił się w okolicę obozu, gdzie zobaczył dopalające się ziemianki. Po zbadaniu sytuacji niezwłocznie powrócił na Lubań do reszty oddziału, a następnie udał się do Tymbarku powiadomić o wszystkim por. „Zawiszę”13.
Tymczasem w Waksmundzie kolaboranci przeżywali chwile triumfu. Wieść o rozbiciu partyzantów została przez nich rozgłoszona jeszcze w ten sam dzień.

W zaistniałej sytuacji kolejnym krokiem „Ognia” było sporządzenie meldunku z opisem przebiegu całego wydarzenia w którym donosił także o bardzo ciężkiej sytuacji jego grupy.
3 stycznia 1944 r. Stanisław Guzik „Lis” dostarczył ten meldunek do skrzynki kontaktowej u „Buli” na Kowańcu, skąd został on przekazany do Komendy Okręgu AK w Krakowie. Po kolejnej obławie, zorganizowanej tym razem z własnej inwencji przez waksmundzkiego konfidenta Jana Czubiaka, partyzanci dowodzeni przez „Ognia” przeszli w rejon Hali Kamoniowej i tam doszło do tymczasowego rozproszenia grupy. Widząc, jak groźna jest sytuacja, Kuraś postanowił rozdzielić oddział na małe 2 – 3 osobowe grupki, aby na jakiś czas zniknąć z pola widzenia Niemców i wszechobecnych konfidentów. Ustalono punkty kontaktowe, od tego momentu małe grupki, starały się na własną rękę ukryć i przetrwać do momentu, kiedy oddział mógłby ponownie się zebrać.

W tym czasie oddział AK „Wilk” poniósł kolejną bolesną stratę. W wyniku zdrady i ewidentnej współpracy z gestapo komendanta waksmundzkiej Straży Pożarnej- Franciszka Kopcia, oraz jego pomocnika Antoniego Waksmundzkiego ujęty został Franciszek Cyrwus „Kępa”. Po przesłuchaniach w zakopiańskim „Palace”, został przetransportowany do więzienia Montelupich w Krakowie. 17 kwietnia 1944 roku został skazany na karę śmierci14 a 23 kwietnia 1944 został przewieziony do obozu w Płaszowie, gdzie wraz z innymi więźniami został rozstrzelany. Po egzekucji ciała wszystkich zamordowanych spalono15.

Z postacią „Kępy” i historią obozu pod Czerwonym Groniem związane są ściśle losy jeszcze jednej osoby. Mianowicie ks. Józefa Kochana, który na wieść o rozbiciu przez Niemców obozu w którym niedawno sam gościł i pochwyceniu jednego z partyzantów, zmuszony był uciekać z Nowego Targu. Torturowany „Kępa” nikogo nie wydał, lecz w trakcie przesłuchań, będąc ledwie żywym, majaczył, powtarzając w kółko, że to nic, bo się wyspowiadał. Niemcy idąc tym tropem, zaczęli szukać spowiednika. Ks. Kochan był w wielkim niebezpieczeństwie! Po wielu dramatycznych przejściach jego ucieczka przed gestapo zakończyła się pobytem w lesie, w oddziale AK „Mszyca” ppor. „Adama”, gdzie pod pseudonimem „Krzysztof” do końca wojny pełnił funkcję kapelana oddziału.

Po zakończeniu działań wojennych dzielnemu kapłanowi nie dane było długo cieszyć się odzyskaną niepodległością. Wkrótce został ostrzeżony, że poszukuje go NKWD, co zmusiło go do ucieczki na Zachód, skąd na stałe do Polski powrócił dopiero w 1990 roku16
Najważniejszymi jednakże konsekwencjami niemieckiej akcji pod Czerwonym Groniem był rozpad oddziału „Wilk” na trzy części i jego tymczasowy paraliż. Doszło do tego po podjęciu przez Kurasia i kilku innych jego partyzantów decyzji o dezercji z AK. Nie ma żadnych wątpliwości, ze doszło do tego w obawie przed śmiercią z ręki znanego już z porywczości i ostrości por. Więckowskiego, który od razu uznał „Ognia” winnym całemu nieszczęściu i rzeczywiście niedługo potem, wiele razy starał się go zlikwidować. Od tej chwili konflikt pomiędzy „Ogniem” „Zawiszą” sięgnął zenitu, przemieniając się w konflikt w który włączyła się już cała Armia Krajowa.
W tym samym czasie ppor. „Adam” rozpoczął tworzenie swojego nowego oddziału partyzanckiego i wiedząc o ciężkiej sytuacji w oddziale por. „Zawiszy” zaproponował kilku jego członkom przejście pod jego rozkazy, co niebawem stało się faktem. Tuż po świętach Bożego Narodzenia w rejonie Rabki i Mszany Dolnej ppor. Stachura zorganizował zaczątek swojego nowego oddziału, któremu niebawem nadano kryptonim „Mszyca”.

Jego głównym trzonem stała się „stara gwardia” z oddziału „Wilk”: pchor. Władysław Kępa „Ferdek”, pchor. Józef Węglarz „Mały”, sierż. Stefan Feryński „Sęp”, kpr. Józef Kołodziejczyk „Dzięcioł”, strz. Józef Flig „Sojka”, strz. Michał Kołodziej „Bocian” oraz strz. Władysław Sochacki „Sokół”17.
Pod rozkazami por. „Zawiszy” pozostała jedynie trzecia część oddziału. Według raportu S. Mireckiego, „Pocieja” z dn. 29 stycznia 1944 r. (zaledwie miesiąc od wydarzeń jakie rozegrały się pod pod Czerwonym Groniem) w oddziale por. Więckowskiego pozostało 17 ludzi uzbrojonych w 1 rkm, 2 kb, 9 pistoletów, 42 granaty i dubeltówkę18.
Po wydarzeniach jakie rozegrały się pod Czerwonym Groniem, rozpoczął się nowy okres w historii oddziału AK „Wilk”, lecz w związku z jego bogatą historią i działalnością zbrojną, podobnie jak i dalszy ciąg sprawy Józefa Kurasia „Ognia” wymaga osobnego opracowania.